środa, 20 stycznia 2016

Sherlock - miniaturka

- Co robisz, Sherlocku?
John Watson wszedł do mieszkania przy Baker Street 221B i zobaczył swojego przyjaciela nad stertą notatek... Sherlock nigdy nie robił notatek. Musiała szykować się jakaś akcja. Jakaś sprawa trudna nawet dla Sherlocka Holmesa...
- Sherlocku, coś się stało?
- Dlaczego? - zapytał cicho Holmes. - Dlaczego ja to wszystko rozumiem, a Ty nie?
- Czy to miało mnie obrazić?
- Nie! Dlaczego ja to wszystko widzę po jednym spojrzeniu, a taki Lestrade nie potrafi znaleźć nawet mordercy-amatora? Dlaczego dostrzegam każdy szczegół? Dlaczego po trzech sekundach patrzenia na Ciebie wiem, że właśnie wracasz z pracy, a po drodze z niej zatrzymałeś się kawiarence na rogu? Dlaczego wiem, że jadłeś donuta w czekoladzie z... orzechami? Przecież Ty nie jadasz orzechów, John... Ktoś z Tobą był... Ślady szminki na ustach sugerują kobietę... Dość bliską kobietę... Z kim się umawiasz John... I dlaczego wiem, że to Viki Buffay, mieszkająca przy Lisson Grove 31...?
- Czy Ty mnie śledzisz?
- Nie, nie, nie... Ty nic nie rozumiesz... Nic nie rozumiesz, a to przecież jasne jak słońce...
- W Twoim świecie wszystko jest jasne...
- I o to mi właśnie chodzi! Dlaczego? Nie... Ty wciąż nic nie rozumiesz, prawda? Ja to wszystko dedukuję... Czytam z Ciebie jak z otwartej księgi... Księgi, no właśnie – wskazał dłonią na stolik zastawiony grubymi tomami. - Przeczytałem je wszystkie. Każda mówi, że jesteśmy równi. Ale jak możemy być równi, skoro Ty nie rozumiesz większości wypowiedzianych przeze mnie słów...
- Czy to jest biblia?
- Biblia, Koran, Tora... Wszystko. Przeczytałem je... Mówią, że jesteśmy równi wobec siebie. A nie jesteśmy... Ty mnie nie rozumiesz, ja Ciebie znam po jednym spojrzeniu... Jak to możliwe skoro jesteśmy równi wobec siebie i wobec Boga... Jeśli hipotetycznie założymy, że istnieje...
- Czyli ogólnie chodzi Ci o to, że uważasz siebie za lepszego od innych i to przeczy temu co zrozumiałeś z Biblii...
- Z Biblii, z Koranu... Ze wszystkiego... Ale nie... Nie do końca tak. Ja nie uważam siebie za lepszego... Ja jestem lepszy...
- Pff
- Prychasz? Dlaczego na mnie prychasz? Nie zgadzasz się z tym... Ale przecież sam nie potrafisz dostrzec co dzisiaj robiłem...
- Nie potrafię? To patrz... Zmarnowałeś dzień na studiowaniu ksiąg, których nie potrafisz zrozumieć...
- Nie, John... Zmarnowałem dzień na spróbowaniu zrozumienia tego, dlaczego to ja wszystko rozumiem, a Ty i przykładowo Lestrade nie rozumiecie... Możecie sobie myśleć, że rozumiecie... Możecie mieć szczęście i wpaść na trop, ale to ja wiem, że złodzieje z muzeum przekupili strażnika, po jednym spojrzeniu w jego oczy... Ba! Po spojrzeniu na jego postawę, gdy go wyprowadzali na przesłuchanie... Widziałem, że czuł się oszukany, bo nie zdąży wydać tych czterystu tysięcy funtów, które zostały przelane na konto jego babki na dwa dni przed włamaniem... On jest właśnie przesłuchiwany przez Sierżant Donovan, a ja już rozwiązałem zagadkę...
- Co? Dlaczego nikomu tego nie powiedziałeś??
- Sami do tego dojdą... Złodzieje właśnie jadą do Francji sprzedać te obrazy, ale nie zdążą... Nieistotne... To wciąż nie odpowiada na pytanie dlaczego ja to wiem, a Ty nie... Dlaczego Lestrade nie powiadamia właśnie francuskiej policji...
- Bo mu nie powiedziałeś...
-... która by złapała sprawców na granicy? I tak ich pewnie złapią, zanim ci dotrą do kupca, który miał za zadanie przewieźć je do Hiszpanii, gdzie czeka bogaty kolekcjoner...
- Skąd Ty to wszystko wiesz?
- Nie oglądasz filmów, John?
- Nie. I Ty też nie, jak dobrze pamiętam...
- Tak, pamiętasz... Pamięć masz bardzo dobrą. Nie tak dobrą jak ja, ale świetną... I tu wciąż jest pytanie, dlaczego ja mam lepszą pamięć... Dlaczego pamiętam szczegóły moich pierwszych zleceń, a Ty nie pamiętasz, że mówiłeś mi o Viki Buffay jakieś dwa tygodnie temu? Ba! Nawet zapomniałeś, że dwie minuty temu o niej mówiliśmy... Oczywiście dwa tygodnie temu nie podałeś mi jej adresu, ale ja – przypadkowo – zobaczyłem przez okno, w którą stronę idziesz, a dwa i pół tygodnia temu – dokładnie to była środa, około dwudziestej wieczorem – zapisałeś numer trzydzieści jeden, gdy umawiałeś się przez telefon na spotkanie z „kimś”... Dlaczego ja to wszystko pamiętam, a Ty nie...? Dlaczego ja potrafię zamknąć to wszystko w moim Pałacu Myśli? Ty uważasz takie informacje za nieistotne i gdybym ja się z kimś umawiał, a za trzy dni bym wspomniał o jakiejś osobie, to byś nie umiał połączyć faktów... I dlaczego wciąż nie wiesz o czym mówię?

- A dlaczego Ty nie zauważyłeś, że już dawno przestałem słuchać? - powiedział Watson, wychodząc z kuchni z dwoma kubkami Herbaty.

piątek, 24 lipca 2015

Gothic - miniaturka.

Rhobar II siedział właśnie w jednej ze swych komnat, analizując wszelkie informacje na temat orków, które z dnia na dzień niepokojąco rosły w siłę. Nagle z zamyślenia wyrwał go jakiś hałas. Usłyszał kroki. Wiedział, że ktoś postanowił złożyć mu wizytę.
"Przecież straże miały nikogo nie wpuszczać." - wściekł się.
Przez drzwi przeszedł jakiś mężczyzna.
- Wiesz, przed... TO TYY?? - rozpoznał przybysza. - Ty nie jesteś za barierą??
- Jestem głupcze - powiedział do króla.  - Nigdy nie zrozumiesz potęgi magii... Stoisz przed moim widmem, cieniem, czy jak tam chcesz... Moje ciało jest za barierą, lecz duchem jestem tutaj - wyjaśnił cierpliwie. - Ale to nie jest istotne... Przychodzę do Ciebie z wiadomością, która może zmienić karty historii. Zza bariery wyczułem bardzo silne promieniowanie magiczne... Człowiek, do którego należy tak potężna moc może być niebezpieczny dla całego królestwa...
- Niby jak?  - przerwał mu król. - Dzięki niemu będziemy mogli pokonać wszystkich wrogów... Od orków, aż po Beliara jeśli bedzie trzeba.
- Jesteś naiwny... - stwierdził patrząc Rhobarowi w oczy. - A co jeśli on nie będzie chciał pomóc? A co jeśli zapragnie zostać na przykład następnym królem?
Rhobar otworzył szeroko oczy.
- Nieee. To nie możliwe - powiedział cicho, jakby do siebie.
- Dlatego - kontynuował przybysz - zrobisz wszystko tak jak powiem... Prześlesz tego człowieka za barierę. Nie obchodzi mnie za co... Przekażesz mu list zaadresowany do mnie. Wtedy on sam mnie odnajdzie, a ja będę w stanie nakierunkować go na właściwe tory... By pomógł pokonać nieprzyjaciół - dodał po chwili milczenia.
Król pomyślał chwilę i powiedział:
- A co jeśli tego nie zrobię? A co jeśli nie posłucham starego, pokręconego nekromanty i po prostu wyślę zaraz pół wojska, by zabili  tego dziwnego człowieka?
- Zawsze byłeś ślepy na wiele spraw... ale żeby aż tak? - odpowiedział. - Tu chodzi o losy całego świata! Ty nie będziesz o nich decydował!
- Jak nie ja to kto!! - krzyknął Rhobar. - Jestem królem, do jasnej cholery!! Ja o wszystkim tu decyduję! Dotarło??
- Nie obchodzi mnie to kim jesteś - odpowiedział spokojnie, wyciągając z kieszeni jakiś zwój.
Wokół niego pojawiło się światło, a oczy Rhobara zaszły mgłą.
- Zrobisz wszystko to co Ci powiedziałem, rozumiesz?
Król tylko kiwnął głową.
- Tamten człowiek musi trafić za barierę. U mojego boku dokona wielkich rzeczy. Takich, które nie śniły się nawet największym wojownikom. Przy mnie stanie się najpotezniejszym z najpotężniejszych, by wypełniły się proroctwa Beliara - zakończył mag i zniknął z hukiem pozostawiając za sobą gęsty dym.

Kilka lat pozniej:

Król jakby zaczął budzić się z transu. Pamiętał wszystko co robił, ale jednocześnie czuł, że ktoś nim sterował. Pamiętał przegraną wojnę z orkami, upadek wszystkich miast i zamknięcie zamku za barierą... lecz czuł, że to wszystko nie działo się na jego rozkazy. Nie on wysyłał ludzi na pewną śmierć.
Nie on źle nimi dowodził.
I nie on planował całą ich strategię.
Ale to jego ludzie będą obwiniać za całą tą wojnę. Nie będzie już Rhobarem niepokonanym, tylko przeklętym. Nie chciał by to się tak skończyło, lecz nie mogł już nic zrobić. Liczył już tylko na cud.
- Panie - przerwał mu rozmyślania jeden z rycerzy. - Miasta zaczęły się odradzać.
Ta informacja dotarła do niego po chwili.
- A-ale jak?
- Według szpiegów z wysp przybył statek, Panie. Na nim wielki wojownik, przed którym orkowie uciekają.
"Czyżby to ten, o którym dawno mówił mu Xardas? Kto by się spodziewał, że miał on wtedy rację?"
Nadzieja na wolność powróciła.
Król jednak nie wiedział, że tajemniczy bezimienny pamięta to, kto go bezpodstawnie wrzucił za barierę...


niedziela, 19 lipca 2015

Wszystko się kończy...

Był niedzielny poranek. Wszyscy rozmawiali o wczorajszym meczu Quidditcha, pomiędzy gryfonami a ślizgonami, który zakończył się remisem. Pani dyrektor - profesor Mcgonagall rozmawiała wesoło ze Slughornem, nauczycielem eliksirów. 
Zapowiadał się kolejny zwyczajny dzień.  
W Hogsmeade mieszkańcy dla odmiany byli niezwykle poruszeni. 
Tego ranka pojawiły się tam cztery zaskakujące postacie. Nikt ich nie znał, nigdzie nie wchodzili, nie sprawiali żadnych problemów, ale biła od nich niezwykła energia, która przyciągała spojrzenia zwykłych ludzi. 
Ów osobnicy kierowali się prosto w stronę Hogwartu. Brama zamku nie chciała się przed nimi otworzyć, więc jedna z dwóch kobiet z tej grupy - ta ubrana w niebieskie szaty - wyciągnęła różdżkę i machnęła nią krótko. 
Wszyscy przebywający w zamku usłyszeli głośny Huk. 
Przeczuleni po zeszłorocznej "bitwie o Hogwart" nauczyciele wyciągnęli różdżki i wybiegli z sali w poszukiwaniu źródła hałasu. 
Uczniowie podążyli za nimi. 
Gdy wszyscy byli już na zewnątrz wokół Zamku utworzyła się wielka przezroczysta bańka, która zaczęła powoli pękać. 
Cichy krzyk Pani dyrektor uświadomił obecnych, że z zamku właśnie znikają zaklęcia ochronne. 
Nic nie dawały próby ich odnowienia, co jeszcze bardziej wszystkich poruszyło. 
Gdy cała bańka pękła usłyszeli kolejny - trochę cichszy Huk. Dochodził z wielkiej sali. 
- Poczekajcie tu - powiedziała Mcgonagall do uczniów. - Nauczyciele za mną! 
Obok stołu nauczycielskiego stały cztery postacie:
- Godryk Gryffindor
-Helga Hufflepuff
- Rowena Ravenclaw
- Salazar Slytherin
-Przyszliśmy zabrać co nasze
- By wypełnić słowa legendy
- I od teraz aż po wsze czasy
- zamek ten będzie przeklęty. 
Mówili naprzemiennie, a wychodziło im to tak płynnie, że musieli się tego uczyć latami. 
- Legendy? Jakiej legendy? - zapytała Dyrektorka łapiąc się za serce. 
Przybysze wyciągnęli przed siebie ręce, a cały zamek zaczął się trząść. 
Tym razem śpiewali. Znów naprzemiennie. 
- Gdy już nie będzie godnych nam potomków, 
- I era czystej krwi skończy się, 
- wtedy wrócimy tu my, zapomnieni
- Na Was czarodziejach tutaj zemścić się
- Pewnie spyta niejeden po co to jest
- Lecz Hogwart był domem nam
- Gdy nie płynie tutaj nas ni kropla
- Nie oddamy my to w ręce szlam. 
Gdy Slytherin zakończył ostatni fragment tekstu ściany  zaczęły się burzyć. Aż w końcu cały się zawalił, przysypując gruzami tych co nie zdążyli uciec. Założycieli też. 
Na późniejszych oględzinach żadnych ciał nie znaleziono...